Zaloguj
Reklama

Maleństwa długo wyczekiwane - Historia Ani i Marka

Maleństwa długo wyczekiwane - Historia Ani i Marka
Fot. ojoimages
(5)

Ania i Marek pobrali się 30 kwietnia 2005 roku. - O dziecku myśleliśmy jeszcze przed ślubem - mówi Marek. - Właściwie to planowaliśmy czwórkę dzieci. Chcieliśmy mieć dużą rodzinę. Po ślubie jednak przez pierwszy rok nad tym się nie zastanawialiśmy, chcieliśmy się lepiej poznać, zrobiliśmy sobie taki, można powiedzieć „miodowy miesiąc małżeństwa”. Jak rok minął, zaczęliśmy myśleć, że fajnie byłoby powiększyć rodzinę.

Brak konkretnej diagnozy

- Nie było jednak diagnozy, nikt nie zlecał nam szczegółowych badań, nie przeprowadził z nami rzetelnego wywiadu, zawsze wszystko w pośpiechu - wspomina Ania. - A leczenie? Raczej było to szukanie w ciemno i przepisywanie leków, a nuż któryś pomoże... Dochodziło do tego, że w jeden dzień trzeba było zażyć jeden lek, a w następny - inny. Lekarze mówili, że zobaczymy, może któryś podziała... Czułam się czasem jak królik doświadczalny. A najgorsze było to, że nadal nie wiedzieliśmy, co nam jest.

- Byliśmy co najmniej u pięciu różnych lekarzy, ale wszyscy podchodzili do nas w ten sam sposób - dodaje Marek. - Różnic w podejściu do leczenia nie było i nie było też żadnej konkretnej diagnozy.

Czasem zdarzało się też, że lekarze podawali sprzeczne z sobą zalecenia... - Jedna pani doktor zaleciła nam monitoring owulacji, przepisując mi jakiś lek - mówi Ania. - Wykupiłam go więc i w domu przeczytałam, że jest to lek antykoncepcyjny, który hamuje owulację... I jak niby miałam zrobić monitoring?

- Poza tym generalnie żaden z lekarzy nie interesował się stanem zdrowia mojego męża. Nigdy nie było pytania o Marka, ani zalecenia dotyczącego badania nasienia, czy nawet wywiadu z nami jako małżeństwem.

Gotowi na wyjazd

Anię i Marka zmęczyło to bezskuteczne leczenie. Zaczęli szukać innych metod. Czytając różne artykuły w Internecie, natrafili na informacje o naprotechnologii. - Spodobało nam się, że jest to leczenie kompleksowe, zarówno kobiety, jak i mężczyzny - mówi Ania. - Niestety wtedy nie było jeszcze naprotechnologii w Polsce.

- Byliśmy 3-4 lata po ślubie i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, gdzie i do jakiego lekarza się udać - mówi Marek. - Zaczęliśmy nawet myśleć o tym, by wyemigrować na jakiś czas do innego kraju, aby tam mogło się począć dziecko. Byliśmy gotowi na wyjazd.

- Najpierw szukaliśmy możliwości leczenia tą metodą w najbliższych państwach, ale wtedy się dowiedziałam, że za około rok naprotechnologia ruszy też w Polsce. Lekarze i instruktorzy dopiero się wówczas przygotowywali. Poczekaliśmy więc i jak tylko była możliwość, umówiliśmy się na pierwsze spotkanie z instruktorem.

(5)
Reklama
Komentarze